środa, 10 września 2014

Z wiedźmokrukiem za Pan Brat

Dziś (blog ma kolosalne opóźnienia w cyklu publikacji...) miałem ciekawe spotkanie z wiedźmokrukiem. I uwierzcie, to wcale nie była konfrontacja tylko... współpraca. Ale po kolei. Postanowiłem pewnego razu spenetrować gdzieś pewną jaskinię czy wieżę, bo miałem po drodze i znudziło mi się trochę kolejne zadanie fałszowania ksiąg na zlecenie Gildii albo mieszanie się w lokalne konflikty robotników i właścicieli kopalni w Markarcie. Wystarczy, że to mamy w realu, w Sosnowcu czy okolicach (aktualność żachnięcia przemijająca).

Oczywiście chciałem być sprytny i popisać się przed samym sobą, więc poszedłem bardzo pod górkę, ale wspinanie się to jak wiadomo moja specjalność, i usiłowałem dostać się do wieży, którą widziałem z daleka. Albo byłem ślepy albo coś, bo nie udało mi się do niej wejść i musiałem i tak zejść na dół, do głównej ulicy, gdzie czekał mój konik i przejść przez normalne jaskinie, zresztą nietrudne, zwane Jaskinią Urwiska Ślepców (nomen omen). Zdaje się, że tak musiało być, bo potem natknąłem się na dźwignię, która otwierała przejście tam, gdzie nie mogłem się dostać przez kraty za pierwszym razem.
Jak już wszedłem od dołu do góry, patrzę, a tu klatka, a w niej wiedźmokruk. I ten wiedźmokruk prosi mnie, żebym go/ją wypuścił, a jednocześnie obiecuje, że nie będzie dla mnie niebezpieczne/a, przy czym zwraca się do mnie per "dobre mięsko" czy jakoś podobnie. Szajba, nie? No więc miałem niezły dylemat, bo właściwie uważałem, że to jest raczej podkucha i monstrum rzuci się na mnie, skoro tylko ją/go/je wypuszczę. No ale co się przejmować, jestem miszczu, zrobiłem zapis i próbuję.
Otwieranie tej klatki spacją nie będzie działać, dopiero trzeba znaleźć łańcuch trochę dalej. Jakież było moje zdziwienie, gdy wiedźmokruk grzecznie udał się w górę jaskini prosząc, abyśmy razem ukatrupili innego wiedźmokruka - Petrę, tak aby ten mógł odzyskać swoją ukochaną jaskinię. Naprawdę, nie czynił mi żadnej krzywdy już do końca przygody. Potem już szło normalnie, łatwo się zabiło tego drugiego, a pierwszy dał mi w nagrodę Oko Melki, taką włócznię dającą ognia, którą dałem od razu Lydii i któa jej się potem nieźle przydaje. Przygoda ta w ogóle się bardzo opłaca, ponieważ znajdujemy tam skrzynię z ciekawymi rzeczami. Teraz nie pamiętam, ale po czasie sobie znalazłem, że to zadanie nazywa się Tarcza Hrolfdira dla Jarla Igmunda i tęże tarczę tam m.in. znalazłem.
Przy okazji poeksperymentowałem sobie na Melce nieco. Zdarzyło się, że gdy ją atakowałem łukiem, w ogóle nie odpowiadała atakiem. A kolei gdy atakowałem wręcz, Lydia chodziła wokół nas bezradna i pokrzykiwała coś, jak spanikowana gospodyni, ale za broń nie wzięła... Pewnie są jakieś bugi...
No to tyle o nietypowej współpracy z wiedźmokrukiem. Wszystkie inne bywają nieprzyjemne...

1 komentarz:

  1. Bardzo ciekawe dzisiaj to opowiadanko, z przyjemnością powspominałam tę nietypową przygodę.

    OdpowiedzUsuń